Wspomnienia Piotra Miechowicza z zesłania na Sybir i powrotu do Krosna Odrzańskiego

Łukasz Koleśnik
Łukasz Koleśnik
Rok 1943 - zdjęcie z Sybiru. Od lewej: siostra Danuta, autor wspomnień Pan Piotr Miechowicz, brat Witold i matka Anna.
Rok 1943 - zdjęcie z Sybiru. Od lewej: siostra Danuta, autor wspomnień Pan Piotr Miechowicz, brat Witold i matka Anna. Archiwum prywatne
Udostępnij:
Piotr Miechowicz z Krosna Odrzańskiego prowadził pamiętnik. Fragment na temat Sybiru i powrotu do Polski spisany w 1992 roku opublikował na Facebooku Paweł Widczak, lokalny miłośnik historii. Warto przeczytać!

Poniższe wspomnienia zostały spisane w listopadzie 1992 roku przez Piotra Miechowicza. Jego córka, Anna Piaskowska przyznaje, że jej ojciec prowadził pamiętnik, a wiele lat temu urywki jego wspomnieć publikowała gazeta Głos. Niedawno jedno ze spisanych wspomnień P. Miechowicza na swoim profilu na Facebooku udostępnił Paweł Widczak, lokalny miłośnik historii, który ma dużą wiedzę na temat dawnych dziejów naszego regionu, a także przede wszystkim ogromną bazę multimedialną w postaci zdjęć i wideo.

Wspomnienia Piotra Miechowicza spisane w listopadzie 1992 roku

„Losy wojny rzuciły mnie - wówczas pięcioletniego malca - wraz z matką, siostrą, bratem, rodzicami ojca i matki oraz jeszcze innymi członkami mojej rodziny, hen daleko, aż pod mongolsko-chińską granicę do pięknie położonego miasta Barnauł. Tylko ojciec pozostał w berezweckim więzieniu pod czułą „opieką" NKWD.
W pamięci do dziś zachowały się szeroko rozlane wody olbrzymiej rzeki Ob.
Troski matki o kawałek chleba dla nas były jakby poza nami. Dla dzieci zawsze najważniejsza jest zabawa. Tak było i z na mi. Ale nie tylko zabawa była nam w głowie.
W długie syberyjskie wieczory, mama czytała nam z polskich książek o górach i o morzu i o wszystkim co Polskę stanowiło. Zawsze z utęsknieniem oczekiwaliśmy wieczoru.
Były to chyba najpiękniejsze lekcje patriotyzmu. Dzięki tym czytaniom - odległa o wiele tysięcy mil Polska - stawała się nam bliższa . Dziecięce umysły chociaż rozbawione, może dzięki mamie bardzo tęskniły za nieznaną Ojczyzną. Bardzo pragnęły ujrzeć skrawek Bałtyku i przepiękne Tatry. Dobra matka umiała nas przekonać, że to stanie się faktem, chociaż sama - jak później mówiła - sama w to nie bardzo wierzyła.
I o to co zdawało się nierealne, stało się faktem. Luty 1946 roku - jak zawsze w tamtych stronach - bardzo mroźny, dla nas był miesiącem „gorącym”. Do dziś mam w pamięci łzy osiadłych tam Polaków oraz zaprzyjaźnionych Rosjan, z którymi dzieliliśmy niedole tych stron i czasu - ludzi niezwykle gościnnych i szczerych. Było nam ich naprawdę żal. Ale my spieszyliśmy do naszej wymarzonej Polski,
W szybkim tempie mijaliśmy olbrzymie syberyjskie lasy, z u tęsknieniem oczekując na kolejne stacje, aby otrzymać „kipiatok" (wrzącą wodę), który to w mroźne powietrze był dla nas wprost zbawienny.
Bardzo przygnębiające wrażenie zrobiło na nas jakieś wypalone miasteczko, które było pierwszym dla nas złowrogim spotkaniem z wojną. Oglądaliśmy jak oniemiali całe ki kuty wypalonych ulic. Potem już te potworności, które pozostawili po sobie Niemcy - powtarzały się coraz częściej. Do dziecięcej wyobraźni wdarł się lęk i przerażenie.
Po pewnym czasie oswojeni już z krajobrazem wojny, znów podziwialiśmy niekończące się zdawało pola Ukrainy i tak mijając kolejne miasta i wioski dotarliśmy do Polski.
Pierwszym miastem za Bugiem był Przemyśl. Tu dostaliśmy polski chleb, który wydawał się nam najsmaczniejszą w świcie bułką. Tego smaku nie zapomnę nigdy.
Ucałowaliśmy ten chleb i pytaliśmy urzędników - którzy nam chleb dostarczyli - ile możemy zjeść? Gdy odpowiadali, ile chcemy - nie wierzyliśmy. Po nieco dłuższym postoju w Przemyślu, szybko mijaliśmy miasta i wsi Podkarpacia. Krótki pobyt w Krakowie.
W kolejno mijanych osiedlach i miastach Śląska - podziwialiśmy las kominów i szybów, konfrontowaliśmy to wszystko co wiedzieliśmy od mamy. Zgadzało się. Tu na Śląsku czuło się że Polska wraca do życia.
Po minięciu Śląska opolskiego, bardzo zniszczonego Wrocławia i nie w mniejszym stopniu Głogowa - dotarliśmy wreszcie do stacji naszego przeznaczenia tzn. Krosna nad Odrą -tak to się wtedy nazywało nasze miasto.
Była druga połowa kwietnia 1946 roku. Wiosna była w pełni.
Stacja kolejowa, drzewna aleja z pięknymi zielonymi liśćmi doprowadzająca przybysza od strony zielonogórskiej szosy, doskonale utrzymane budynki ulic Gubińskiej i Bohaterów - robiły na przybyłych Sybirakach dobre wrażenie.
Okoliczne łąki, pełne różnobarwnych kwiatów jeszcze… poniemieckie pszczoły, ptaki, rechot żab i człapanie polujących na nie bocianów - te widoki nie mogły mi się nie podobać.
Minęliśmy kolejno trzy mosty na odrzańskich kanałach ale po minięciu ostatniego - czar prysł. Szkielety wypalonych domów, groza dopiero co zakończonych pożarów, zrobiło na nas przygnębiające wrażenie. Gdy już zwiedziliśmy miasto jeden z urzędników zaprowadził nas do malowniczo położonego na skarpie kościoła Świętego Andrzeja. Tu ksiądz Jankowski, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Stępień, odprawił msze w intencji szczęśliwego powrotu do Ojczyzny. Pamiętam jak na zakończenie ze łzami w oczach śpiewaliśmy „Boże coś Polskę”. Tak minął pierwszy dzień naszego pobytu w mieści nad Odrą.
Miejscowe władze miały z nami mnóstwo kłopotów, bo trzeba było „wagonowe towarzystwo” wyżywić. Cierpliwie i bardzo taktownie tłumaczono - aby nie urazić - że właśnie tu powinniśmy pozostać. I gdy wreszcie udało się nas przekonać, że w wagonach mieszkać za długo nie można, wówczas my, aby podtrzymać czas tymczasowości, zgodziliśmy się zamieszkać w budynku PUR-u, który mieścił się w dzisiejszej szkole nr 1 zwanej „czerwoną” (bo z czerwonej cegły).
Stąd dopiero po dwóch miesiącach stopniowo urządzaliśmy się w mieście pobliskich wioskach.
Mama zdecydowała, że my zamieszkamy w budynku przy ulicy Rybaki, dziś już ten budynek nie istnieje, przy wąskim kanale nieopodal Odry. Ładne, ale nie co już podniszczony budyneczek - miał tę zaletę, że stąd można było wydobywać z pobliskiego kanału, różnego rodzaju zabawki, wyrzucone tam przez uciekających Niemców oraz to, że w jego sąsiedztwie mieszkało mnóstwo dobrych kolegów w naszym wieku.
Pobliskie łąki, krzaki i kanały doskonale nawały się do prowadzenia modnej wówczas wśród dzieci „wojny”. Pływaliśmy też w kanale przy ujściu Odry (woda była wtedy czysta) oraz łowiliśmy raki, które jak na złość dla siebie, sadowiły się w starych metalowych puszkach, skąd wydobyć je było bardzo łatwo. Cieszyliśmy się wszyscy, że możemy czytać i pisać po polsku, po polsku mówić, chodzić do polskiej szkoły i do polskiego Kościoła. Materialne dobra były na dalszym planie. Ludzie - często zupełnie obcy - wykazywali wiele bezinteresownej życzliwości, dziś mało dostrzegalnej.
Opiszę tylko jeden obrazem. Gdy z mamą przychodziliśmy na wieczorne nabożeństwa, jakaś do dziś nieznana mi Pani, która przywoziła na inwalidzkim wózku swoją kaleką córeczkę, zawsze przynosiła nam bosym sybirakom w torebce owoce i była niezwykle szczęśliwa, że może je nam dać.
Pomoc wzajemna między ludźmi była powszechna pod prawie każdą postacią. W takiej atmosferze chciało się żyć.
Teraz po ponad 47 latach - gdy wielu tych ludzi już w Krośnie nie ma, a zdarzenia umykają w pamięci - myślę, że to pierwsze lata miały swój niezatarty urok. Były to trudne, piękne i jednocześnie romantyczne czasy.
Ludzie, których losy wojennej tułaczki - rzuciły w różne części naszego globu, przyjeżdżali tu z ciekawością, ale i z obawą czy tu zostaniemy, czy te nasze piastowskie ziemie pozostaną rzeczywiście nasze, czy warto tu budować swoją przyszłość? Pytania tego rodzaju stawiane były prawie w każdej rodzinie.
Gdy wspominam ludzi tamtych czasów - moich szkolnych kolegów, ale także starszych - widzę ich w nieco innej barwie. Wydaję się, że odzyskana dopiero co wolność, wyzwoliła u wielu inne aniżeli w normalnych czasach wartości.
Chociaż było często chłodno i głodno, ludzie cieszyli się autentyczną, niczym nie zmąconą radością. Mniej myślano o zdobywaniu dóbr. Odnosiło się wrażeniem że pragnieniem niemal wszystkich było „odrobienie” nocy niewoli.
Chyba wtedy byliśmy lepsi”.

CZYTAJ RÓWNIEŻ:

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Medycy na wojnie

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie